Instynkt Przetrwania #12: „ Wyprawa Kociewska”

Zaraz po nowym roku, w dniu 03.01.2015, wyruszamy na kolejną wyprawę. Naszym celem jest Kociewie, a dokładnie rezerwat przyrody „Wiosło Małe” na zachodnim brzegu dolnej Wisły. Kociewie to region kulturowo-etniczny położony we wschodniej części Borów Tucholskich, między Tczewem a Świeciem, od lewego brzegu Wisły po Kaszuby na zachodzie. Tym razem nie ruszamy razem lecz w trzech grupach docieramy na umówione wcześniej miejsce.  Na punkt zbiórki  wyznaczyliśmy XIX-wieczny pomnik ku czci Gottlieba Schmida, kierującego pracami hydrotechnicznymi i regulacyjnymi w dolnym biegu Wisły.

 Grupa trójmiejska ma najdłuższy odcinek do pokonania, także wyrusza jako pierwsza, następnie grupa zachodnia a na końcu autochtoni aby zsynchronizować w miarę nasze spotkanie.

Wyprawa, którą początkowo zaplanowaliśmy jako „zimową”, ze względu na zbyt dobre warunki atmosferyczne, jest podobna, w swoim charakterze, do XI-stki. Opady deszczu, słońce i lekki mróz, po prostu typowy styczeń J Założeniem tej edycji Instynktu Przetrwania  było sprawdzenie się w warunkach zimowych, szczególnie chodzi tu o noc i bytowanie w temperaturach minusowych. W dzień temperatura około zera także pozostaje nam liczyć na „poprawę warunków” w nocy.

 Wzdłuż wałów Wisły maszeruje trzecia grupa „autochtonów”. Wieje tak silny wiatr, że nie słychać własnych myśli, jednakże towarzyszy nam wysokie morale, bojowe nastawienie i pogoda ducha, czyli wszystko to, czego życzyliśmy sobie na 2015 a.y.p.s. Oczywiście grupa, która wyruszyła jako ostatnia dociera na miejsce jako pierwsza. Zrobiło się pochmurno i początkowo delikatny deszczyk nabiera na sile. Trzeba rozpalić ognisko, ogrzać się i przygotować posiłek. Wszystko dookoła mokre, zatem jako rozpałki używamy łyka, kory brzozowej oraz . Zawsze warto mieć w swoim przyborniku trochę naturalnej rozpałki, najlepiej zabezpieczonej w pojemniku wodoodpornym lub worku przed wilgocią. Kila energicznych uderzeń o krzesiwo i po chwili rozpałka zaczyna się tlić. Płonie już ogień, jemy nasze śniadanie a po około godzinie dociera grupa „trójmiejska”. Szybka herbatka i zmieniamy delikatnie plan. Idziemy na spotkanie naszego kolegi z grupy „zachodniej” aby nie tracić zbytnio czasu. Pamiętamy, że około godziny 15.00 robi się już ciemno.

 Udajemy się do osady Wiosło Małe położonej w głębokim jarze. Kiedyś we wsi było wielu koszykarzy, rybaków, a także flisaków. W 1898 r. jedenaście domów zamieszkiwało siedemdziesiąt osób, dzisiaj zostały tylko trzy stare, rozpadające się chałupy. Stamtąd idziemy w górę na punkt widokowy z którego rozpościera się piękny widok na pradolinę Wisły. Jeszcze w 1939 patrzylibyśmy na Prusy Wschodnie ( Kociewie było w granicach II Rzeczypospolitej).

 Nie czekamy zbyt długo, gdy ostatni członek załogi dociera do nas i jesteśmy w końcu w komplecie. Jest już stosunkowo późno, więc musimy wybrać teren na obozowisko. Idziemy przed siebie szukając odpowiedniego dla nas terenu. Przemierzamy las, co chwila wchodząc  na wzniesienia by za chwilę z powrotem z nich zejść. Nie trzymamy się dróg, chcemy oddalić się od głównego traku. Szukamy lasu, w którym ściółkę stanowią świerkowe igły a nie butwiejące, mokre liście. Wreszcie, po niecałej godzinie znajdujemy to, co według naszej opinii najlepiej nadaje się na  prowizoryczny obóz. Szybko zrzucamy plecaki i szykujemy się do budowy naszego „Nordic Campu”. Jest po 15.00 i z nastaniem zmroku czuć w powietrzu nadchodzące ochłodzenie. Ścinamy świerkowe gałęzie by wyścielić nimi glebę pod karimatą. Jest to bardzo dobry, naturalny sposób aby odizolować się od podłoża. Następnie rozbijamy na nich swoje bivicovery i namioty z ponch. Rozpalamy ognisko i szykujemy gorący, rozgrzewający napój i jakiś posiłek. Do późnych godzin rozmawiamy na rozmaite tematy. Każdy taki wypad to dobra okazja, by swobodnie pogadać w swoim gronie i integracji z innymi grupami AN.

 Na co dzień, poświęcamy się rodzinom,  jesteśmy zapracowani, przez co tracimy bezpośredni kontakt z kumplami w porównaniu z beztroskich lat dzieciństwa . W końcu kładziemy się spać. Temperatura poniżej zera, około godziny 3.00 spada do -50C.  Rano po przebudzeniu możemy wymienić się opiniami i doświadczeniami z przespanej-bądź nie- mroźnej nocy.

 W tym miejscu, kilku aktywistów podzieli się garścią uwag na temat warunków w jakich przyszło im spędzić noc. Przypomnijmy, że pięciu spośród siedmiu członków ekspedycji jest w  posiadaniu holenderskich bivy zak-ów, a nieszczęsna „dwójka” starała się improwizować (z różnym skutkiem).

 

O.R.I.O.N

 Po raz kolejny utwierdzam się w fakcie, że to jedne z najlepiej wydanych 150 zł w życiu;) Bivy cover w połączeniu z dobrej jakości śpiworem pozwala przespać noc w naprawdę komfortowych warunkach. Dopełnieniem do wspomnianego kompletu jest bielizna termoaktywna odprowadzająca pot, przez co nie dochodzi do hipotermii. Budzę się na wspomnianej wyprawie ok. godz. dziewiątej, wypoczęty. Jednakże ciężko wychodzi się z tak ciepłego miejsca na mroźną pogodę.

 Wyższością, używanych przez nas bivy coverów holenderskiej armii od choćby amerykańskich jest to, że wyglądają jak jednoosobowe namioty a nie jak opakowanie śpiwora. Zamontowana w nim moskitiera jest przysłowiową wisienką na torcie, przez co bivy zak’a można używać w każdych warunkach pogodowych jak i o różnej porze roku. Sprawdzi się nawet w górach, gdzie może brakować materiałów na zbudowanie schronienia. Wszystko to osobiście sprawdziłem w mroźnej Norwegii i polecam ten sprzęt wszystkim zainteresowanym tego typu wypadami.

 

Henker

 Dość ciekawym i przydatnym elementem na wyprawy okazał się bivy cover.  Skutecznie poprawia komfort  termiczny kumulując ciepło w środku, jak i chroni przed wilgocią, deszczem i wiatrem. Norka jest pakowna, co pozwalało mi schować plecak, buty czy dodatkowy sprzęt podręczny. Bivy zak nie zajmuje dużo miejsca w plecaku, choć lepszym pomysłem jest przytroczenie go na zewnątrz. Kolejną ważną rzeczą, jest lepszej jakości śpiwór, który naprawdę  zwiększa komfort.  Ja na wyprawie miałem trochę gorszy śpiwór, ale i tak świetnie  izolował  i oddawał ciepło. Jedynym mankamentem było to, że zmarzły  mi stopy. Spowodowane jest to tym, że ciepło wydalane przez organizm nie docierało tak daleko i z taka intensywnością  jak do innych partii ciała. Dlatego ważnym zakupem będą dobre skarpetki ;)

 

Junior

 Może i jestem trochę typem wygodnisia, ale z pewnością każdy, kto ma choć odrobinę doświadczenia w obcowaniu z Matką Naturą zgodzi się ze mną, że przy tej aurze nie może być mowy o komfortowo spędzonej nocy wykorzystując tylko podstawowy zestaw: śpiwór, poncho, karimata. Choć poncho skutecznie osłoniło mnie przed padającym w nocy śniegiem/deszczem, a świerkowe gałęzie i karimata zabezpieczyły przed zmrożoną ziemią, to jednak wciąż brakowało czegoś co uchroni przed naprawdę zimnym wiatrem. Ten zaś regularnie wytrącał mnie ze snu kilka razy w ciągu nocy.

 Ktoś może powiedzieć, że to przecież ma być survival i chodzi tu głownie o przetrwanie, a nie o komfort i wygodę. Oczywiście, ale odpowiedni dobór sprzętu w celu zapewnienia sobie choć namiastki komfortu i wygody, a więc utrzymania dobrej kondycji psychicznej, jest właśnie kluczem do przetrwania.

 

Gniew (C-AG)

 Brak odpowiedniego sprzętu w obliczu minusowej temperatury zmusza mnie do eksperymentowania. Choć do komfortu było daleko, to izolacja od otoczenia w postaci m.in. wspomnianych gałęzi świerkowych, odzieży termicznej i folii NRC pozwoliła na dosyć spokojną noc i, jak się okazało potem, zachowanie pełnego zdrowia. A tego typu doświadczenie "na własnej skórze" daje najcenniejsze wskazówki do tego co należy zabrać ze sobą na kolejną wyprawę.

 O wyższości bivyzak-ów nad improwizowanymi schronieniami nie ma co szczególnie dyskutować. Niech najlepszym przykładem będzie to, iż jednemu z naszych towarzyszy było tak komfortowo, że spał prawie do południa;) Nie przeszkadzały mu nawet śmiechy i rozmowy dochodzące z ogniska.

 Po śniadaniu, powoli zbieramy się w powrotną drogę. Znów rozdzielamy się na grupy i udajemy się każdy w swoim kierunku. Pogoda wręcz wiosenna ale wieje silny wiatr, przez co temperatura odczuwalna chwilami dochodzi do 00C. Każda grupa ma ok. 20 km do przejścia, skąd pociągiem udadzą się do domów. Wbrew pozorom, nie był to taki prosty wypad i co poniektórym dał pewien pogląd co do ich przygotowania w zimowych warunkach. Mamy nadzieję, że jeszcze uda nam się zorganizować wypad stricte zimowy w tym sezonie. Jak zwykle czekamy na śnieg. Do zobaczenia na szlaku. Sława!

 Otto, Junior, O.R.I.O.N, Gniew (C-AG), Henker

 

 

 

Translate

   

   

Polecamy

 

 

 

więcej w dziale

LINKI

Visitor counter, Heat Map, Conversion tracking, Search Rank